16 PKO Poznań Maraton przeszedł do historii. Było minęło. I mimo że mija już tydzień od tego biegu, ja nadal nie wiem dlaczego w niedziele nie byłam sobą i zostawiłam głowę w domu a na maraton zabrałam tylko nogi. Teoretycznie ten wpis powinien się nazywać „jak nie biegać maratonów”, „dlaczego bez głowy nie biegać maratonów”, „jak popełnić wszystkie możliwe błędy podczas maratonu” albo „dlaczego mówię jedno a robię drugie”.

Zacznę od wyjaśnień, bo kto czyta uważnie wie że miałam tego maratonu nie biec. Ale kibicowanie w Warszawie na dwa tygodnie przed poznańskim maratonem zrobiło swoje. Myśl że będę stała i kibicowała podczas gdy inni biegną a nie ja nie dawała mi spokoju. Więc z nieba spadła mi Towarzystwo Walki z Mukowiscydozą i dzięki nim mogłam pobiec z poznańskim Maratonie. Jak się domyślacie to był bieg bez jakiegokolwiek treningu maratońskiego. Zero przygotowań. Zero. Nie idźcie tym śladem.

Miało być spontanicznie i delikatnie bez forsowania się. Akurat w tym jestem dobra bo potrafię biega na samopoczucie, nie patrząc na tempo i czas biegu. I z takim planem stałam na starcie poznańskiego maratonu. Wiedziałam tylko że chcę pobiec szybciej niż rok temu w debiucie (4:46:XX) – idalnie by było wstrzelić się w 4:29:59. I jak wyszło?

Jeśli czytaliście mój opis trasy tego maratonu to wiecie że pierwsza połowa dystansu to bułka z masłem. Ba, rozgrzewka. I pisałam też żeby nie szaleć, żeby się hamować, żeby pamiętać że maraton zaczyna się po trzydziestym kilometrze. Piękne, mądre słowa o których zapomniałam na starcie. I tak tez było w moim przypadku. Porwana przez tłum dałam się ponieść emocjom i ruszyłam za ostro z kopyta (za co później cierpiałam i cierpiałam i przeklinałam ten mój wybryk!).

Pierwsze 15 kilometrów to bułka z masłem tak tylko teoretycznie. Bo chcąc biec na złamanie 4:30:00, biegłam w tempie 6:03 – co sugeruje że albo będę na mecie przed 4:15:00 albo wisi nademną widmo słynnej maratońskiej ściany. Mózg niby to wiedział, ale nogi ciągnęło do przodu dalej w takim tempie a spory tłok na trasie nie ułatwiał zwolnienia chociażby o kilka sekund.

16pko-pozn-maraton-pobiegane-06

Do 25 kilometra biegło się nadal dobrze – wiatr którego tak się bałam nie dawał się we znaki, a temperatura w okolicach 0 stopni dawała poczucie rześkości i przyjemnego motywującego chłodku. Nic tylko biec dalej, nie? Na szczęście po 2 kilometrze zrobiło się trochę luźniej na trasie i udało się zwolnić o pół kroku i odsunąć myśli o czyhającej gdzieś w oddali ścianie.

16pko-pozn-maraton-splits

I nadszedł ten felerny 25ty kilometr trasy – totalnie zimny banan zrobił małe kuku w moim żołądku. Mój organizm jest przyzwyczajony do jedzenia bananów podczas biegów bo ZAWSZE to właśnie banany a nie żele są moim „paliwem” na trasie. Nie wiem czy to wina temperatury, że rozgrzany organizm dostał nagle zimnego banana czy tej nieszczęsnej Krańcowej (obiecuję od dzisiaj grzecznie ćwiczyć podbiegi!), ale od tego momentu do walki głowa kontra nogi włączył się ten nieszczęsny żołądek. A znam moje nogi na tyle że gdybym tylko się zatrzymała to mogłabym już nie ruszyć.

16pko-pozn-maraton-pobiegane-02

Od 30tego kilometra tempo powoli spadało więc nogi grzecznie tuptały do przodu, głowa wizję ściany zgubiła gdzieś po drodze, a żołądek powoli dał za wygraną i przestał bulgotać, boleć i wydziwiać. Sołacz to był chyba najgłośniejszy odcinek tego maratonu i dodawał kopa – nawet św. Wawrzyńca jakoś dałam radę pobiec, nieprzechodząc ani na minutę do marszu (dzielna ja!). Polska, Bułgarska dały mi popalić bo wyszło słońce a moje światłoczułe oczy sie zbuntowały i biegłam prawie że na oślep (musze dopisać okulary na listę rzeczy do zabrania na kolejny bieg). Następnie stadion który miał być wielką atrakcja – okazał się lekkim niewypałem – bieg przy pustych trybunach zamiast dodać kopa na ostatnie kilometry, mnie rozczarował. Na mecze Lecha przychodzi tylu kibiców, że naprawdę dziwię się że podczas maratonu było tam tak pusto. Na domiar złego agrafka za stadionem jeszcze bardziej mnie dobiła. Psychicznie to właśnie tu na 38mym kilometrze rozpoczął się mój maraton.

16pko-pozn-maraton-pobiegane-07 16pko-pozn-maraton-pobiegane-08

16pko-pozn-maraton-pobiegane-03

Ostatnie 4 kilometry to długa prosta Grunwaldzka. Niby fajnie ale było pod wiatr – nie że narzekam, ale ilość przekleństw w mojej głowie przekroczyła wszelkie normy. A klęłam tam już na wszystko. Na tych co wyprzedzam, na tych co mnie wyprzedzają, na brak zakrętów, na kibiców to nie kibicują, na tych co kibicują, na tych co mówią że to juz niedaleko (2 kilometry to jest daleko!). To właśnie na tej nieszczęsnej prostej miałam myśli samobójcze maratończyka by się poddać. By olać czas, przecież nawet jak będę szła to medal dostanę, ze przecież to nie mój ostatni maraton, do następnego przygotuję się lepiej (taaaa…. juz to widzę…). I to nie tylko moja głowa sie buntowała ale i nogi. Odczuwałam każdy krok. Każdy mięsień, nóg, pleców i ramion krzyczał mi że dadzą mi popalić za to co im dzisiaj zafundowałam. W ramach tego strajku, ostatnie metry na niebieskim dywanie przetuptałam w takim samym tempie jak ostatnie kilometry. Zero dośpieszenia. Zero mocy. Z totalnie pustym bakiem po paliwie dotarłam na metę. Mój organizm zaczął nawet płakać ale nie ze szczęścia ze to juz meta tylko z tego potwornego zmęczenia, wycieńczenia jakie mu zafundowałam.

Czas na mecie to 4:24:55 netto (4:30:12 brutto – te nieszczęsne, cholerne 12 sekund które będą mnie prześladować do następnego maratonu). Życiówka poprawiona o 23 minuty. Jak na maraton bez przygotowań wynik powinien cieszyć. Jednak wiem ze nie sztuka jest przebiec maraton. Sztuką jest przebiec i sie nie zajechać. A ja juz podczas biegu wiedziałam ze to mi się nie uda. I cały tydzień po maratonie organizm mi o tym przypominał. Mimo odpowiedniej regeneracji (rower, basen, sauna, spacery, rozciąganie…) o bieganiu na razie mogę zapomnieć.

16pko-pozn-maraton-pobiegane-04 16pko-pozn-maraton-pobiegane-05

16pko-pozn-maraton-pobiegane-09

Jak oceniam ten maraton?

Ze swojej strony pokazałam jak maratonów nie biegać: bez przygotowania, za szybko pierwsze kilometry, przecenienie własnych możliwości.

A jeśli chodzi o organizację?

Expo na plus – dużo i ciekawie. Ja odbierałam pakiet w piątek i było naprawdę spokojnie. Zero tłoku, mozna było na spokojnie wszystko obejrzeć, porozmawiać z wystawcami. Wiem że w sobotę było więcej ludzi ale to norma – dlatego odbierajcie pakiety wcześniej. Im wcześniej tym lepiej ;)

Zawartość pakietu? Jak dla mnie za dużo wszystkiego, ale ja o pakietach mam specyficzne zdanie (i jakoś chyba jestem w skromnej mniejszości, ale o tym w innym wpisie się rozgadam).

Strefy startowe – tu też mogę wyjść na marudę ale nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego był taki bałagan. A mogę być i ignorantem niemającym wiedzy o organizacji takich imprez ale nie widzę problemu z ostawieniem barierek i osobnych wejść (pilnowanych przez wyznaczone do tego osoby) do stref, aby każdy biegł z strefy jaką sobie wybrał podczas zapisów. Nie wspomnę o osobach które nie biegły a na miejsce startu wchodziły i robiły tłok. Mój mały móżdżek nie ogarnia czegoś takiego.

Medal – no są gusta i guściki, widocznie ja mam jakiś słaby guścik bo nie podoba mi się medal. Wszyscy na około mi mówili że jak go juz dostanę to mi się spodoba, ale tak się nie stalo. Może to też dlatego że miałam okazje widzieć medale z tegorocznego maratonu warszawskiego i w takim porównaniu ten poznański jest wg mnie słaby. Medal z maratonu ma być medalem z maratonu, a nie reklamą festiwalu. Można połączyć promowanie miasta z medalami – uwiecznianie na nich słynnych/znanych/zabytkowych budowli miasta (np. Półmaraton w Grodzisku Wlkp.), czy uwiecznianie postaci znanych maratończyków (np. półmaraton w Pile). Ale to maja być symbole dopełniające medale z maratonu a nie odwrotnie. Medal ten wywalczyłam i okupiłam cierpieniem, wiec to nie tak ze nie jest on dla mnie ważny. Ale nie wisi jako ten najpiękniejszy na ścianie chwały (nieprzerwanie od maja wisi za to medal z GWiNTu)

Kibice – i to tu leci największy plus i ogromne podziękowania. Poza naprawdę małymi fragmentami trasy gdzie nie było dopingujących osób, to wszędzie byli kibice. Rataje jak zawsze nie zawiodły – tłumy dzieciaków, przybitych piąteczek, transparenty, trąbki, dorośli z garnkami… Sołacz – i punkt kibica zorganizowany przez KobietyBiegają i punkt maratończyk.pl, sprawili że człowiek nie miał szans tam słyszeć swoich depresyjnych myśli. Wszelkie kolorowe transparenty z coraz to śmieszniejszymi napisami, tekturowe ściany, „prywatne” punkty odżywcze”, flagi, gwizdki… To sprawia że Poznań ma najlepszych kibiców. Dlatego ogromne podziękowania się im należą bo pogoda mimo ze do biegania była dobra, to na kibicowanie już niekoniecznie. A mimo wszystko dali czadu!

Poznańscy kibice są debest ;)

Ja na pewno pomimo bólu i cierpienia (co ponoć jest wpisane w maraton) będę ten maraton dobrze wspominać. I pewnie za rok poraz kolejny to właśnie w Poznaniu zmierzę się z królewskim dystansem.

(Nie, nie chodzi o to by przebiec maraton na luzie i sie nie zmęczyć. Maraton ma zmęczyć ale nie powinien być zagrożeniem dla zdrowia. Nie powinno sie biegać maratonów bez przygotowania bo organizm wystawi za to wysoki rachunek. I nie mowa tu o zakwasach czy przespaniu kolejnych dni. Chodzi o te wszystkie mikrourazy mięśni, stawów, o straty minerałów witamin i to całe zniszczenia które sieje maraton w nieprzygotowanym do takiego wysiłku organizmie.