Do tego biegu podchodziłam na luzie. Mi nie w głowie bicie życiówek co zawody – a że udało się poprawić życiówkę na dystansie 10 kilometrów na początku grudnia to ten bieg miał być ot takim przebiegnięciem się po nowej okolicy i podziwianiem widoków. Czym to się skończyło?

W głowie namącił mi trening który odbył się na 3 dni przed Sylwestrem. Miał to być luźny krótki bieg (6-7 kilometrów w tempie konwersacyjnym). I trzymałabym się planu by Trzebicę biec na luzie gdyby nie fakt że tempo z tego treningu wyszło o pół minuty na kilometr szybsze niż to jest zazwyczaj. Co było dla mnie o tyle szokiem że moje tempo w pierwszym zakresie bardzo powoli przyspiesza i naprawdę ciężko mi się nad nim pracuje. Dlatego tez ten trening namieszał mi w głowie i do ostatniej minuty przed startem nie wiedziałam czy ryzykować i biec by się sprawdzić czy pozostać przy planie A – zwiedzanie. Ba, nawet droga do Trzebnicy mi tego nie ułatwiała – ja wiem że Wielkopolska (gdzie najczęściej biegam) jest płaska jak patelnia, i że im dalej na południe tym bardziej pagórkowato. Ale jadąc do Trzebnicy z Wrocławia moim oczom ukazywały się pagórki, które dla mnie poznańskiego mieszczucha wyglądały jak górskie wzniesienia dobre do spacerów ale na pewno nie do biegania! Obiecuję od teraz sprawdzać profile tras biegów :)

Odbiór pakietów oraz cała organizacja biura zawodów działała bez zarzutów. Raz dwa odebrany pakiet bez kolejki i bez problemów. Ba, nawet jakiś sporych kolejek to toalet nie było – niby szczegół a cieszy biegacza ;) Temperatura sprawiała że większość biegaczy czekała aż do ostatniego momentu w hali i tylko ci najodważniejsi szli prędzej na start. My tez postanowiliśmy przeczekać ile się da w hali gdzie było ciepło :) Ja naprawdę lubię biegać gdy jest zimno – ale biegać a nie stać i marznąć. A nadal mam w głowie jakieś głupie myśli że robiąc rozgrzewkę stracę siły potrzebne na bieganie (walczę z tym!)

Zawody

Start odbył się o 12:05. 5 minut spóźnienia – 5 minut które dawało mi dodatkowy czas do namysłu jak biec. Bez stref startowych (wiecie że tego nie lubię prawda? ;), więc pierwszy kilometr to było raczej wyprzedzanie kogo się dało, bieganie po chodniku.

trzebnica-endo

 

To wyprzedzanie sprawiło że pierwszy kilometr wyszedł mi w tempie 5:17. A to było właśnie to tempo które potrzebowałam by pobić życiówkę. Nie potrafię biegać idealnie równo co do sekundy każdego kilometra ale mając na uwadze że tu jest pagórkowato, doszłam do wniosku że nawet jak będą podbiegi (na których w Poznaniu jestem mocna – dopiero tutaj przekonałam się ze moje poznańskie podbiegi to pikuś w porównaniu z tymi trzebnickimi) to nadrobię to na zbiegach, skoro start i meta są w tych samym miejscu.

Drugi kilometr to był pierwszy podbieg – stwierdziłam ze to pewnie jedyny (oj jak bardzo byłam naiwna i się myliłam..) i wzięłam go ot tak na 100% myśląc że dalej już będzie z górki. Miałam oczywiście na uwadze że ten bieg to dwie pętle ale co tam, musi być jakiś zbieg i na pewno wypocznę zanim tu znowu dobiegnę.

Trzeci i czwarty kilometr to praktycznie jeden długi zbieg. Taki zbieg jakiego nigdy nie biegłam. Wystarczyło poluźnić poślady i dać się ponieść nogom. Wiedziałam że tu wyprzedzę sporo osób ale nawet nie liczyłam ile. Wiedziałam też że to mogą być najszybsze kilometry w mojej dotychczasowej biegowej karierze i się nie myliłam. Oba kilometry pobiegłam w tempie poniżej 5:00 – odpowiednio 4:54 i 4:56.

Jednak to było zbyt piękne, że taki dwukilometrowy zbieg był kosztem jednego podbiegu i właśnie tu pojawiła się myśl że ten pierwszy podbieg to nie było wszystko. Piąty kilometr to podbieg pod górkę skurczybyczkę (podczas biegu ochrzciłam ją o wiele bardziej wulgarną nazwą). To był moment w którym przeklinałam cały ten bieg. Jak ja nienawidzę podbiegów! Czas po pierwszej pętli to 25:10 – gdybym nie maiła świadomości że czekają na mnie te same podbiegi po raz drugi byłabym w stu procentach przekonana że sięgnę po życiówkę. Jednak zupełnie nie miałam pojęcia jak nogi zareagują na druga pętlę.

Druga część wyglądała podobnie z taka różnicą ze pierwszy podbieg nie zrobił już na mnie takiego wrażenia, a długie zbieganie pobiegłam trochę wolniej oszczędzając siły na tę przeklętą górkę. Ten drugi podbieg wycisnął ze mnie ostatnie krople potu i pojawiły się łzy. Mogę się powtórzyć? Jak ja nienawidzę podbiegów! Nie dość ze zlałam się potem to i ledwo co dyszałam. Na szczęście po pokonaniu tej wrednej górki zostało tylko kilkaset metrów do mety. Nie wiem czy ta końcówka była płaska czy z górki – ale nawet płaski teren był wybawieniem po tym podbiegu.

Ostatecznie na mecie zameldowałam się z czasem 55:22 i od dzisiaj uznaję to za moją życiówkę ;) Było cholernie ciężko ale tym bardziej sukces smakuje wyśmienicie.

 

trzebnica-2015-01

 

Po biegu

Ogromne podziękowania dla przyjaciół, którzy mi tam towarzyszyli. Magda i Radek – że ten bieg mi zaproponowaliście i ze mną pobiegliście. Oraz za znoszenie moich rozkmin jak biec oraz pobiegowych zakwasów! Ja się muszę nauczyć w końcu zbiegać ;) Dziewczyny z Night Runners Wrocław – miło było poznać ;)

trzebnica-2015-02

 

 

Jest jakaś magia w biegach w mniejszych miejscowościach. Są takie lokalne, swojskie, bez zbędnego patosu, z małą liczbą uczestników, bez stref startowych, z kibicami którzy nie narzekają na biegaczy że im blokują miasto raz do roku, małymi, wąskimi uliczkami i po bruku. Wiadomo ze mogą to być i wady i zalety ale od czasu do czasu lubię w takim biegu pobiec. Jeśli chodzi o Trzebnicę – wszystkim polecam ten bieg – może niekoniecznie na bicie życiówek bo trasa do łatwych nie należy. Ale zakończyć rok biegowo można tu fajnie. O ile nic się nie zmieni to ja za rok melduję się tam ponownie i obiecuję ciężko pracować by tym razem pokonać trzebnickie pagórki lekkim krokiem bez dyszenia jak stara lokomotywa.

 

ja naprawdę cieszyłam sie (i cieszę nadal) z życiówki ale nie umiem tego okazać na zdjęciu :)