Veni vidi vici! 35. Vattenfall Berlin Halbmarathon przeszedł do historii. Było tak idealnie że już bardziej idealnie być nie mogło. I przez to też i relacja będzie chaotyczna, bo emocje robią swoje. Mimo że minęło już sporo godzin po przekroczeniu linii mety – emocje nadal są i nie chcą odejść. A czas jaki tam wykręciłam sprawia że mordka się śmieje cały czas i mózg nie potrafi skleić poprawnego zdania. Ale do rzeczy! Ogarniam się i zapraszam na moją relację z berlińskiego półmaratonu ;)

Dlaczego Berlin?

To pytanie słyszałam wiele razy jak mówiłam komuś ze jadę tam na półmaraton. Słyszałam że przecież w Poznaniu tez jest polówka, że po co jechać „tak daleko” skoro mogę pobiec w swoim mieście. A no dlatego że Berlin jest moim drugim domem, tam spędziłam część swojego życia i jest moim ulubionym miastem. Znam też niemieckie podejście do organizacji wszelkich imprez, sporo się też nasłuchałam od znajomych którzy mieli okazję pobiec w tym półmaratonie w poprzednich edycjach. Do tego chciałam się na własnej skórze przekonać jak płaska jest ta ich trasa – więc dlaczego nie? Jak tylko pojawiła się możliwość rejestracji na ten bieg – zapisałam się bez zbędnego zastanawiania się. Jechałam tam z nastawieniem na rezultat 2:03:59 – nawet miałam zrobioną playlistę na telefonie na dokładnie taki czas i w momencie wbiegania na metę miała lecieć jedna z moich ulubionych piosenek, która zawsze dodaje mi powera na ostatnich metrach. A wyszło jak wyszło. Ale o mecie to zaraz ;)

Dzień startu – 29.03.2015 godzina zero tj 10:05

Niedzielny poranek nastroił mnie pozytywnie. Mimo wariacji i stresu czy na pewno przestawiły się zegarki w telefonie i czy na pewno jest ta godzina która jest, byłam spokojna o bieg. Pogoda za oknem była idealna jak dla mnie do biegania – 11 stopni powyżej zera, leki wiatr, zachmurzone niebo – czyli to co ja lubię najbardziej. Po objedzeniu się 3 bananami, wypiciu magnezu, izotonika i podwójnej kawy – ruszyliśmy na podbój Berlina. To co jest piękne w biegach gdzie bierze udział tyle tysięcy ludzi to to, że człowiek czuje że bierze udział w czymś wielkim. Że jest częścią pewnej grupy, gdzie każdy walczy o to samo. Każdy walczy sam ze sobą. Że różne mamy cele – biegamy dla rekordów, dla schudnięcia czy dla towarzystwa – ale mamy ten sam cel – by dobiec do mety. Już na stacji, czekając na U-Bahn wymienialiśmy spojrzenia i życzenia powodzenia z innymi biegaczami. Łatwo było ich wszystkich poznać – torba w której był pakiet startowy była równocześnie torbą depozytową i każdy szedł z nią na ramieniu. Co stację wsiadało coraz więcej biegaczy a wysiadając na Strausberger Platz cała stacja była zajęta przez biegaczy. Część z nich to właśnie tam postanowiła się przebierać w sportowe stroje, więc widok na pół-nagich osób szukających swoich rzeczy na podłodze wśród ciuchów swoich i innych biegaczy, nikogo nie dziwił ;)

Na miejsce startu przybyliśmy chwilę po 9 – raz dwa odnaleźliśmy depozyty, sprawdziliśmy co tam jeszcze jest i ruszyliśmy do naszych stref startowych. Niby nic a zajęło nam to prawie godzinę – tak duża była ta strefa dla zawodników, od ciężarówek gdzie był depozyt aż po linię startu. W końcu 30 tysięcy biegaczy potrzebuje trochę miejsca.

Oficjalnie start biegaczy był o 10:05. Start elity trzeba dodać. Bo moja strefa E wystartowała o 10:35. Niby fajnie że puszczali każdą strefę osobno i dzięki temu nie było tłoku na trasie. No właśnie niby. Może jak ktoś startował z większą grupą znajomych to czekanie na swój start zleciało szybko. W moim przypadku samotne (na tyle samotne na ile może być stanie w bardzo liczebnej grupie biegaczy) czekanie było beznadziejne. Nudziło mi się potwornie. A no i zmarzłam. Potwornie zmarzłam!  Ale stać przez półgodziny w miejscu w takiej pogodzie to nie jest nic przyjemnego. Ale spoko, przeżyłam ;) Tak więc, po półgodzinnym czekaniu nadeszła godzina 10:35 i wystartowałam!

Trasa zapowiadała się ciekawie: pierwsza połowa to praktycznie jedna długa prosta i potem powrót.

 

berlin-2015-05

 

Ruszyłam z kopyta, sprawdzając co chwilę tempo czy nie biegnę za szybko. Biegło mi się bardzo dobrze ale jak tylko spoglądałam na zegarek byłam przerażona zbyt szybkim tempem. No coś mi tam w Tej głowie siedzi i mnie straszy zbyt szybkim bieganiem. Albo że się zajadę, albo że trafi mnie ściana na 10 lub 15 kilometrze, lub co gorsze na 20stym kilometrze. Tak szybko jak teraz nie biegłam poprostu nigdy.  Nawet na krótszych dystansach nie osiągałam takiej prędkości. Wyglądało to tak:

 

berlin-2015-04

Przepięknie prawda? Jak na kogoś kto swój ostatni półmaraton (wrzesień 2014) przebiegł w czasie 2:15:22 (czyli tempo 6:25).

Po pierwszych 10 kilometrach, jak tylko zegarek mi pokazał czas to omal nie zeszłam tam na zawał. Serio ;) 00:52:47 to nie jest czas na 10 kilometrów jaki planowałam – miało być 00:59:59 :P I tak oto w momencie w którym postanowiłam troszkę zwolnić, naszła mnie myśl że może jestem fuksiarą. Że może to jest dzisiaj ten mój dzień i trzeba wykorzystać okazję by złamać 2 godziny. Że to właśnie tutaj w Berlinie którego kocham, że to właśnie teraz gdy pogoda jest idealna. I że to właśnie na tej płaskiej trasie. Wszystko przemawiało za tym by spróbować. By spróbować osiągnąć to o czym marzyłam od swojego pierwszego półmaratonu w Poznaniu w kwietniu 2014. Tak więc wyłączając już totalnie logikę i jakiekolwiek myślenie, postanowiłam skupić się na jak najszybszym tuptaniu i pobiegnięciu po ta wymarzoną życiówkę.

 

berlin-2015-03

Przyznam szczerze że myślenie załączyło mi się na 19 kilometrze. Tym chyba najbardziej krętym kilometrze gdzie co kilka metrów był jakiś zakręt, co po chwilę na kogoś się wpadało, zwężenie ulicy…  Gdy to poraz pierwszy poczułam coś takiego jak skurcz w łydce. I to był moment gdy pomyślałam że walić te cyfry i te życiówki. Że m się już po prostu dalej nie chce biec, ze może zwolnię,  nacieszę się biegiem, kibicami, atmosferą… Teraz wiem że ten kryzys nadszedł w najlepszym momencie – akurat tam gdzie zaczynały się tłumy kibiców. Właśnie tam gdzie byłoby mi wstyd się zatrzymać czy nawet zwolnić. Duma i upór nie pozwoliły mi się poddać a tłumy kibiców zrobiły swoje – kryzys został zażegnany i leciałam dalej trzymając tempo.

Jednak największy szok przeżyłam na końcówce 21 kilometra. Biegnę sobie myśląc że to już ostatnia prosta że tylko jeden zakręt i będzie meta i że o ile nie wydarzy się jakaś katastrofa to te 2 godziny zostaną złamane i…. No i właśnie 20,75 km widzę transparent „SANDRA! DZIDA!”. Szok i niedowierzanie. SZOK! Pierwszy raz w życiu miałam kibiców. Cud że nie stanęłam tam wryta i zamurowana z karpikiem na twarzy. Gdyby nie to ze w myślach pogubiłam się z matematyką i nie wiedziałam jak szybko muszę tą końcówkę gnać by zmieścić się w 2 godzinach, to naprawdę stanęłabym przy tych moich kibicach i zatrzymałabym cały półmaratoński ruch biegaczy ;))) Banan na twarzy był ogromny i dało mi to takiego kopa że niosło mnie i niosło – w końcu nie mogłam tego spieprzyć skoro miałam takie wsparcie. Aga, Tomek, Kasia, Borys – jesteście wielcy! Tak oficjalnie i publicznie: Jesteście de best kibice! Dziękuję ;))

Krótka prosta, zakręt o 90 stopni i ostatnie metry do linii mety. Porobiłam tam wszystkich ;) Powyprzedzałam wszystkich co byli w zasięgu mojego wzroku. Cięgle niesiona dopingiem kibiców – zrobiłam najlepszy finisz z wszystkich moich dotychczasowych finiszów. Mordka nie przestawała się uśmiechać gdy na zegarku zobaczyłam rezultat 1:56:50. Coś w co do teraz nie mogę uwierzyć. Ja, na tych moich krótkich kurzych nóżkach, potuptałam tak szybko że złamałam te cholerne, przeklęte, wyśnione dwie godziny. Nawet  super brzydki medal nie sprowadził mnie na ziemię. Najbrzydszy jaki mam w swojej kolekcji. Ale olać medal. Dalej z uśmiechem na twarzy i owinięta folią (wyglądałam jak przebrana za worek na śmieci :P) poszłam poszukać brata a potem raz dwa do moich zmarzniętych kibiców.

Efekt:

berlin-2015-02

berlin-2015-01

Po drodze oczywiście spotkaliśmy wielu Polaków co także biegli. I o ile dobrze pamiętam to każdy z nich zrobił tam życiówkę. I każdy też wypowiadał się o tym biegu w samych superlatywach. Dobrze wiedzieć że nie tylko ja uważam ze było tam poprostu cudownie ;)

Jak będę wspominać ten Berlin? Na pewno na długo zagości w mojej pamięci. Poza medalem-brzydalem nie mam się do czego przyczepić, nie mam na co pomarudzić i na nic innego nie mogę ponarzekać. Na pewno inaczej sobie ten dzień wyobrażałam – obawiałam się cieplejszej pogody, nie takiej płaskiej trasy bo nie wierzyłam ze może być aż tak płasko!), bałam się mojej formy fizycznej i kondycji psychicznej bo ostatnie miesiące nie były dla mnie łatwe. Bałam się że jeśli pobiegnę słabo to psychika mi siądzie na cały sezon. Ba, bałam się gdzieś do 15 kilometra że zaczęłam za szybko, nawrzucałam sobie że postradałam zmysły zaczynać tak szybko i z każdym krokiem coraz bardziej bałam się nadejścia ściany. Być może z powodu natłoku myśli ta 1 godzina 56 minut i 50 sekund minęły mi tak szybko. Aż za szybko. Ale zmęczenie na mecie było niczym w porównaniu do dumy jaką czułam że się udało. Że jednak potrafię. Że się nie poddałam. Że nie jestem z tym wszystkim sama i są ludzie którzy mnie w tym wspierają. Ilość telefonów, smsów i maili jakie dostałam w ciągu tego weekendu mnie przerosła. Nie wiedziałam jak wiele osób mnie wspiera i jak wiele osób trzymało za mnie kciuki. Kibicując tam na miejscu (raz jeszcze: jesteście wariatami!), kibicując zdalnie czy to patrząc na zegar i zastanawiając się jak m tam ten bieg idzie, czy też śledząc wyniki na żywo w internecie – jesteście wielcy! Bardzo Wam wszystkim za to wsparcie dziękuję. Właśnie tego potrzebowałam i ta moja życiówka to też dzięki Wam! Świadomość że tak wiele osób trzyma za mnie kciuki niosła mnie cały czas. Było bajecznie. Lepiej sobie tego wyśnić i wymarzyć nie mogłam. Było idealnie.

Jeśli gdzieś mają się moje sportowe marzenia spełniać, to gdzie jeśli nie tutaj w Berlinie? Gdzie jeśli nie tu gdzie jest najbardziej płaska trasa jaką dane mi było biec? Gdzie jeśli nie tu gdzie nie organizatorzy dbają o każdy szczegół że można skupić się tylko na biegu i nie martwić o nic innego? Gdzie jeśli nie tu w Berlinie gdzie lata temu zostawiłam swoje serce? Veni Vidi Vici Berlin!