Ten mój ulubiony. I wymarzony. I ten dla mnie najlepszy. Wyczekiwany przez cały rok. Jaki był ten półmaraton dla mnie w tym roku? Zapraszam o relacji ;)

Dlaczego tak lubię półmaraton w Berlinie mogliście przeczytać w zeszłorocznej relacji (TUTAJ). I nic się nie zmieniło od tego czasu. Nadal podtrzymuję (mimo iż biegi w Polsce się rozwijają) że półmaraton w Berlinie jest najlepiej organizowanym biegiem. I nie tylko zasługa w tym organizatorów ale i kibiców, którzy bez narzekania i lamentu że korki itp., wychodzą kibicować biegaczom.

01.04.2016 – na dwa dni przed biegiem…

Jadę sobie sobie rowerem do pracy i…. bum! Chcąc ominąć jedną kałużę, wylądowałam w drugiej. Spektakularna wywrotka i leżałam na chodniku jak rozjechana żaba. Pierwsza myśl? „Byle nie noga!” I o ile z nogami nic się nie stało, łokieć sobie zbiłam porządnie. Wkurzona sobie trochę popłakałam ale stwierdziłam że przecież łokieć nie biega tylko nogi, wiec nie ma co lamentować dalej. Ogarnęłam się. Przecież nie poddam się mimo bolącego łokcia?

02.04.2016 – Expo na Station Berlin

Mała zmiana co do zeszłych edycji bo całe expo przeniesiono z Tempelhof na Station Berlin. Z jednej strony to na plus, bo nowa lokalizacja to stricte centrum Berlina. Minus? Powierzchnia sporo mniejsza niż Tempelhof. I o ile ja byłam odebrać pakiet wcześnie (nie było kolejek – odebranie pakietu zajęło mi niecałe 10 minut), to w ostatnich godzinach było już dość tłoczno.

Expo – jak expo. Chwilę się tam poszwendałam się, zrobiłam zapas ulubionych żelków i raz dwa uciekłam ;) Podejrzewam że pobyłabym tam chwilę dłużej to wyszłabym z torbami i pustym portfelem :>

Wieczór spędzony oczywiście na relaksie i mrożeniu nieszczęsnego łokcia, który nie dawał o sobie zapomnieć.

Dzień startu – niedziela, 03.04.2016

Pobudka o 6 rano, tradycyjne wyjrzenie przez okno jak tam sytuacja z pogodą wygląda i lekko się przeraziłam.  Czajnik już zagotował wodę na kawę a ja szybko sprawdzałam prognozę pogody. I już wiedziałam ze to nie będzie mój dzień na „idealne bieganie”. Prognoza mówiła jasno: 20 stopni ciepła, bezchmurnie – biorąc pod uwagę że przez ostatnie dni pogoda rozpieszczała biegaczy bp było pochmurno i w okolicy 10 stopni, to zapowiadało się że ten skok temperatury da biegaczom się w znaki. Z pogodą nie ma co walczyć i mimo iż mi się bardzo nie podobało to przecież nie ma się co poddawać. Zmodyfikowałam tylko swój plan na ten bieg i zaczęłam się szykować do godziny zero.

Kawa, magnez, tradycyjnie bułka z Nutellą i byłam gotowa do wyjścia. Do strefy startowej miałam nieco ponad kilometr, a po drodze zaopatrzyłam się jeszcze w banany w Lidlu (ostatnie sztuki dorwałam!) i kawę w Maku. I dopiero idąc do tej ogromnej strefy startowej, gdy zaczęli się pojawiać biegacze, zaczęłam się tym biegiem stresować. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę ze zaraz mam pobiec w moim ulubionym półmaratonie. I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak jest ciepło. Zawsze ubieram się tak aby przed startem było mi chłodno – bo wiem ze podczas biegu raz dwa sie rozgrzeję więc lekkie zmarzniecie na starcie jest nawet wskazane :) Więc jeśli na starcie już mi było ciepło to co będzie podczas biegu? Wtedy podjęłam decyzję że nie walczę o życiówkę. Mówi się trudno. Może poddałam się bez walki mimo że ostatnie miesiące były bieganiem pod ten półmaraton. Początkowy plan był taki by pobiec tu w czasie 1:54:59 (zeszłoroczny mój wynik tutaj to 1:56:55), jednak zmieniłam go na „byle by zmieścić się w dwóch godzinach” :)

Oddanie depozytu poszło naprawdę szybko i nawet zdążyłam zobaczyć start rolkarzy (wpisuję półmaraton na rolkach na swoja listę rzeczy do spróbowania!), pożartowaliśmy sobie i powygłupialiśmy się z Fridolinem i udałam się do swojej strefy startowej. Ustawiłam się jak w zeszłym roku na końcu strefy (Wam też daje kopa wyprzedzanie innych?:)) i było by wszystko w porządku gdyby nie fakt że z końca strefy wylądowałam na samym początku strefy. Wylądowałam w pierwszej linii strefy D – zupełnie nie było to zgodne z moim planem. No ale, startować z pierwszej linii jednego z największych półmaratonów w Europie – to nie zdarza się często, co nie? (I co z tego że strefa D, pierwsza linia to pierwsza linia :P). Generalnie bardzo fajne uczucie – stoisz sobie a przed Tobą pusta trasa i tłum fotografów. No i to fajne uczucie mnie zgubiło… ;) Wyglądało to tak:

berlin2016

Godzina 10:20 – 5.. 4… 3… 2… 1.. start!

No i wystrzeliliśmy – śmiało mogę się pochwalić ze przez jakieś 50 metrów byłam na prowadzeniu! Zakładałam tempo ok 5:30min/km a tu pierwsze metry były w tempie 3:30 :) Zostałam MPK (Mistrzem Pierwszego Kilometra :D) a raczej MP50M – Mistrzem Pierwszych 50 Metrów :D I na tym kończą się dobre wspomnienia z tego biegu. Bo od tego miejsca wszyscy (WSZYSCY) mnie wyprzedzali. Jeszcze, głupia ja próbowałam utrzymać szalone tempo 4min/km przez jakiś czas, ale pięknie się spaliłam i pierwszy km skończyłam z czasem 4:26 (jak to się ma do planowanego tempa 5:30? :). Głośno sapiąc, przeklinając siebie i swoją fantazję z każdym krokiem zwalniałam i zwalniam by w końcu osiągnąć te nieszczęsne 5:30 i je utrzymać. Do 5-tego kilometra. Tam na wodopoju zachłysnęłam się wodą. Nie dość ze spalona już na pierwszym kilometrze, to teraz jeszcze problemy z piciem – zupełnie jak nie ja.

Trzeba wiedzieć że pierwsze 10 km trasy jest prawie że proste- jeden tylko skręt o 90stopni jest na początku trasy a potem prosto, prosto i  prosto. Na 10tym kilometrze jest nawrotka i do mojej listy cierpień doszło teraz dające po twarzy słońce. No serio. Było mi za gorąco, byłam już zmęczona, przeklinałam ten bieg, miałam myśli że już nigdy więcej półmaratonów od dzisiaj tylko biegam 5kilometrówki. Na dodatek uświadomiłam sobie że maraton w sierpniu który sobie wybrałam będzie zapewne odbywał się w podobnej (jak nie wyższej temperaturze) i tam to dopiero będę umierać i to przez dwa razy dłuższy dystans, to już psychika siadła mi. A raczej opadła do ziemi i trudno było mi się pozbierać. I na dodatek nadal WSZYSCY mnie wymijali. No niech ze ich gęś kopnie! Nawet 40 czy 50cio latkowie z piwnymi brzuchami! Miałam ochotę stanąć zastrajkować, obrócić się na pięcie i iść do domu. Ot takie miałam myśli. Niestety (albo i stety?) berliński bieg ma to do siebie że jest tam sporo kibiców. I było mi poporstu wstyd się zatrzymać i iść a nie biec. Do tego jakby nie było, połowa była już za mną wiec byłam coraz bliżej mety niż dalej.

Obrażona na wodę z 5tego kilometra teraz już tylko brałam kubki z  wodą i płukałam nimi usta i robiłam jednego małego łyka by znowu się nie dusić. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało by picie czy jedzenie sprawiało mi problem podczas biegu. Coś mi się w brzuchu przekręciło podczas zeszłorocznego poznańskiego maratonu i nie mogę się naprawić :/

Ostatnie kilometry to pamiętam już tylko dzięki berlińskim klubom biegowym Adidasa, Nike i innych którzy urządzili najlepsze strefy kibiców jakie widziałam. Konfetti, megafony, grzechotki, flagi, transparenty, bębny, poklepania po plecach, okrzyki – można było się poczuć jak na tour de France.

I mimo że próbowałam cokolwiek z siebie wykrzesać i dośpieszyć – nadal wszyscy mnie wyprzedzali. Nie wiem czy tylko ja jestem tak Słońco-czuła, czy pogodo-wrażliwa, bo miałam wrażenie że tylko jaj tam cierpię a inni lecą jakby dopiero co zaczynali ten bieg. Do tego nawet nie mogłam się wspomóc machaniem łapkami bo przeklęty łokieć bolał i bolał (musiałam wyglądać jak biegnąca pokraka :>)

Czas na mecie to 1:56:52 – czyli o 3 sekundy poprawiona życiówka, no i plan zmieszczenia się w dwóch godzinach wykonany. Plan minimum ale okej. Za rok powalczę o więcej ;)

Na mecie oczywiście medal „brzydal” – i mimo że pojedynczy medal mi się nie podoba, to… Jednak stwierdzam ze jak się ich uzbiera z kilku lat to wygląda to fajnie. Co roku medal jest taki sam (różni się tylko rewersem na którym jest zabytek Berlina, no i datą oczywiście). Robione są co roku w jednym stylu i szczerzę przyznaję że gdy patrzę na swoje medale to te dwa rzucają się w oczy i odrazu wiadomo że są z „tej samej stajni”. Ot, taka kolekcjonerska edycja :P

Wrażenia?

Wszystko było idealne oprócz pogody. Serio. Chociaż się zastanawiam czy to ze mną jest coś nie tak bo widziałam ludzi co przy temperaturze 20 stopni na plusie biegli w długich spodniach i bluzach z długim rękawem.

Oczywiście że zła ze mój żołądek sobie ze mną pogrywa i nie może my się dogadać. Wkurzona, bo o ile półmaraton bez jedzenia sobie mogę pobiec, to myśląc juz o maratonie na jesień czy o ultra to bez jedzenia jakoś tego nie widzę. Ktoś ma jakieś rady?

A jeśli chodzi o sam bieg – zdania nie zmienię – organizacja jak zwykle na najwyższym poziomie. Atmosfera tak samo. Biegło tu tylu Polaków że nawet można było poczuć się jak u siebie (kogo to ja tam nie widziałam KuźniaTraithlonu, Night Runners…).

Czy pobiegnę tam za rok? No cóż… zapisy na przyszłoroczną edycję już się zaczęły i jakby to Wam powiedzieć…. Oczywiście się już zapisałam :P To z kim się widzę za rok w Berlinie? :)

PS. Fenix się nie postarał tym razem – mimo ze biegłam cały czas idealnie po „blue line” (chociaż powinni ja przemianować na green-three-stripped-adidas-line :P) pokazał przebyty dystans na 21,580 (400 metrów różnicy! nie wierzę bym nadrobiła 400 metrów poprzez podbieganie do stołów z wodą). No ale cóż na Maniackiej też się przeliczył o sporo….

 ber02