Biegacze mają to do siebie że wszelkie święta świętują biegając. 11-go listopada przez Polskę przetacza się fala biegów Niepodległości a w okolicy 6-go grudnia odbywają się biegi Mikołajów (lub Mikołajkowe, jak kto woli). Nie są to biegi nastawione na szybkość, na bicie życiówek a raczej na dobrą zabawę – i właśnie w ten sposób ja do nich podeszłam w tym roku. Skutek? Oczywiście dobra zabawa, sporo śmiechu i nieoczekiwana zupełnie nieplanowana zyciówka na dystansie 10 kilometrów. Poczytajcie jak mi poszło na biegu Mikołajkowym i na biegu Mikołajów.

05.12.2015 – Strzeszynek – Bieg Mikołajkowy

Strzeszynek znam jak własną kieszeń, więc wiedziałam że trasa do najłatwiejszych nie należy – w zeszłym roku (co prawda trasa wyglądała wtedy trochę inaczej) osiągnęłam w tym biegu swój najgorszy czas na dystansie 10 km, więc podeszłam teraz do tego biegu typowo na luzie, nie nastawiając się na żaden wynik. Pakiety w postaci czapki, chipa i numeru startowego odebraliśmy raz dwa bez kolejek, dzięki czemu zrobiliśmy porządną rozgrzewkę – 3,5 kilometra truchtu na Strzeszynek i 3,5 kilometra po Strzeszynku. Nie wiem co nam strzeliło do głów by robić 7 kilometrową rozgrzewkę przed biegiem 10cio kilometrowym ale co tam. Zimno niby nie było, ale stać w miejscu nam się nie chciało.

Punkt 12 odbył się start falami, dzięki czemu nie było tłoku na trasie. Dziwnie mi się biegło szybko trasą, którą zazwyczaj biegam powolne długie wybiegania – ale dzięki temu znam tam każdy kamień i konar wystający z ziemi :). Pierwsze dwa kilometry były płaskie ale potem zaczęły się schody – i nie wiem czy to dzięki temu że pagórki nie są mi obce, czy może dzięki ćwiczeniu z Chodakowską (kocham!) – wyprzedzanie wszystkich na podbiegach nie sprawiało mi problemu. Sprawiało mi za to dziką radość że nogi dają radę. A na zbiegach pomogła mi Cascadia 9, która jest idealnym butem właśnie na tego typu biegi. Zero poślizgnięć , pewną stopą lądowałam na ziemi – nic tylko biec dalej i wyprzedzać innych :)

Nie należę do osób które biegają spoglądając co chwile za zegarek i pilnują czasu. To miał być bieg dla zabawy – ale zabawa skończyła się na 5tym kilometrze gdy okazało się że złapałam drugi oddech i miałam siły odrobinę przyspieszyć. Mocny zbieg zaraz przed 6stym kilometrem dodał mi skrzydeł i pofrunęłam, wyprzedzając każdego kto już się poddawał i zwalniał. Na mecie zameldowałam się z czasem 53:18 o oznacza że życiówka poprawiłam o 54 sekundy ;) (poprzednia była wybiegana podczas Maniackiej Dziesiątki w 2014 roku – 54:24). Cieszy bardzo że zdobyta na trailu bo to oznacza że na asfalcie powinno pójść jeszcze lepiej – czyt. szybciej. Co jeszcze cieszy to fakt że druga połowa była szybsza niż pierwsza – mimo zbyt mocnego startu (pierwszy km standardowo najszybszy… – głupia ja) i wyszło oto tak: 27:09 pierwsze 5 km, 26:09 drugie 5km.

Na mecie oczywiście medal (przepiękny!), drożdżówka do wyboru (mniam, mniam, mniam) i herbata (za słodka ale też mniam mniam). Depozyt działał sprawnie, bez kolejek – naprawdę nie mam się do niczego przyczepić.

Potem czekało nas kilka kilometrów truchtu do domu – może właśnie dzięki temu następnego dnia uniknęłam porządnych zakwasów ;)

06.12.2015 Malta Bieg Mikołajkowy

Od rana moje nogi mówiły mi że to nie będzie łatwy i przyjemny bieg bo nadal cierpiały po wczorajszym crossie. I tak naprawdę gdyby nie fakt że można było przebiec tylko jedno kółko wokół Malty a nie dwa to bym zapewne nie wystartowała. Ale że bieg charytatywny, do tego pogoda idealna (jak dla mnie – zimno-luba – idealna), no i wpisowe opłacone to postanowiłam pobiec – wiedząc że nie przebiegnę tych dwóch okrążeń. Z odbiorem pakietów było jakieś lekkie zamieszanie – bo wg strony maiłam nr 418, w biurze zawodów stwierdzili jednak ze lista będzie alfabetyczna i skończyłam z numerem 184. Malta ma świetne zaplecze dla biegaczy i to widać w każdym biegu który się tam odbywa – szatnie, toalety, biuro zawodów, miejsce na rozgrzewkę – na wszystko jest miejsce i infrastruktura. Nic dziwnego że biegacze z Poznania lubią to miejsce.

11:45 odbyła się oficjalna rozgrzewka – jedna z tych która przypadła mi do gustu i wprowadziłam ją na stałe w swoje bieganie. Jednak zawodowcy wiedzą co to prawdziwa rozgrzewka a nie jakiś fitness.

Start punkt 12:00 i oczywiście ,jak zwykle, (głupia ja poraz drugi w ten weekend) wystrzeliłam jak proca na pierwszym kilometrze aby potem stoczyć walkę z spadającą czapą, wiatrem i innymi co rozpoczęli za szybko a potem jak ja cierpieli i blokowali drogę J Na szczęście od drugiego kilometra tempo się uspokoiło i utrzymało do końca. Oczywiście to nie moja zasługa, tylko podziękowania należą się pewnemu Mikołajowi, który dzwonkiem wybijał mi rytm. Dobiegliśmy tak razem do końca pierwszego okrążenia – ja się poddałam, a Czerwony pobiegł zmierzyć się z drugim okrążeniem.

Rezygnacja z drugiego okrążenia miała ten plus że w szatni było pusto a do depozytu zero kolejki. Czasem warto się poddać :) Pokonanie 5,4 kilometra zajęło mi 29:35 (5km – 27:14 – co jest czasem dobrym biorąc pod uwagę zakwasy z biegu poprzedniego dnia, a życiówka to 26:31, wiec nie było tragedii) Najważniejsze że pogoda dopisała, miałam swojego własnego mikołajowego zająca i swoich kibiców. Miło było zobaczyć te twarze na końcówce biegu. Wielkie dzięki!

Podsumowując biegi spod znaku czerwonej czapy uważam za udane. Nieplanowana życiówka oczywiście cieszy i dobrze rokuje na kolejny sezon, ale dobra zabawa była najważniejsza. Jeśli się zastanawiacie czy w przyszłym roku brać udział w którymś z tych biegów – nie zastanawiajcie się tylko zapisujcie się i biegnijcie. Oba biegi są super organizowane i na pewno będziecie zadowoleni.