Kilka dni już minęło, a mnie emocje nadal się trzymają jakby to dopiero co było dzisiaj. Jakbym dopiero co przekroczyła linię mety. W końcu swoje pierwsze ultra biegnie się raz w życiu! GWiNT Ultra Cross Maraton 2015 – rozdziewiczony, veni vidi vici!

Trochę historii… Prawie rok temu natknęłam się na relację (scigani.pl) z tego biegu i…. przepadłam! To znaczy niezupełnie, bo rok temu dopiero co byłam po swoim pierwszym półmaratonie, a o maratonie dopiero co zaczynałam marzyć. No ale 55 km to w sumie niewiele więcej niż te królewskie 42 więc… No co, marzyć można nie? Do rzeczy, przeczytałam i postanowiłam: też tam pobiegnę. O ile przeżyję maraton. Przeżyłam i jak w oka mgnieniu rozpoczęły się zapisy na GWiNTa. Będąc jeszcze odurzona maratońskimi endorfinami, bez większego namysłu zapisałam się. A co tam. Trzeba wyznaczać sobie nowe cele.

Przygotowania

No… To, to jest najsłabszy punkt w tej historii. Bieganie bez planu, brak długich wybiegań (najdłuższe to było 21 km) a i finalnie choroba psa sprawiły że ze startu zrezygnowałam. Dopiero na dzień przed okazało się że jednak mogę wyrwać się z domu i zmierzyć się z dystansem 55 kilometrów. Tak więc, zupełnie nieprzygotowana, z kupionymi na szybko w ostatniej chwili niezbędnymi akcesoriami ruszyłam do Grodziska Wielkopolskiego.

Biuro zawodów – sobota 08.05.2015 godz 8:00

Grodzisk Wielkopolski śpi. Pogoda słoneczna z jakimiś tam śmiesznymi chmurami. Zapowiada się dobrze. O ile zbyt wiele się nie zmieni.

Miasto (miasteczko?) nie jest mi obce – miałam okazję być tam już w zeszłym roku na Półmaratonie Słowaka. Podróż pociągiem do Grodziska – niecała godzina – szybko, komfortowo, bez żadnych niespodzianek. Biuro zawodów mieściło się w Grodziskiej Hali Sportowej – dokładnie w tym samym miejscu znajdowało się rok wcześniej biuro półmaratonu. W hali dość senny nastrój – biegacze którzy przyjechali dzień wcześniej i tam nocowali dopiero co się budzą. Odbiór pakietu idzie szybko. Numer z chipem, koszulka, pudełko z żelami od Squezzy.

Squezzy <3

Squezzy <3

Kierunek szatnia, przebranie się, śniadanie i…. czekanie. Czyli coś czego nie lubię. Bo czekanie mnie stresuje, czekanie oznacza za dużo czasu na myślenie. A myślenie w stresie nie jest fajne. Na ten bieg miałam tylko dwa założenia: pierwsze by dobiec, drugie by zdążyć na ostatni pociąg do Poznania, który wyruszał z Grodziska o 20:20. Na szczęście większość czasu spędziłam na wyliczaniu minimalnego, optymalnego tempa by i na pociąg zdążyć i by nie zajechać się na 43 kilometrze.

Ostatnie chwile studiowania mapy. Oj bardzo się bałam że się zgubię i  zjedzą mnie dziki. Naprawdę. Nie wymyślam.

Nadal Grodzisk Wlkp. / godz. 10:30

Po krótkiej odprawie, kilku konkretnych wytycznych co, jak i dlaczego, wsiadamy do podstawowych przed halę autobusów i ruszamy. Kierunek Nowy Tomyśl. Żarty się skończyły. Jakiekolwiek miałam pomysły by się wycofać, uciec z tego miejsca – już nie uda się ich zrealizować. Mleko się rozlało. Jedźmy więc!

Kilkanaście kilometrów dalej, Rynek w Nowym Tomyślu / godz. 11:30

Start Małego Gwinta (czyli tych 55 kilometrów) był w Nowym Tomyślu. Jednocześnie był to początek drugiej połowy trasy dla osób które biegły 110 kilometrów (wariaci) i ostatniej jednej trzeciej o biegły 110 mil (jakieś takie skromne 161 kilometrów. Wariaci do kwadratu!). Czekając na swój start o 12:00 widziałam kilku tych co mieli zamiar ukończyć te 110 czy 161 kilometrów. Oj nie wyglądali za dobrze. I nie pomagało mi to w walce z własnym stresem.

Nadal Rynek w Nowym Tomyślu / godz. 12:00 / START

Odliczanie od 10 do 0 i ruszyliśmy z kopyta. Pierwsze 2 kilometry eskortowała nas policja. Aż wbiegliśmy na pola w las i tam się zaczęła zabawa. Pierwsze 15 kilometrów zleciało w mgnieniu oka. Tempo szybsze niż zakładane, tętno niższe niż spodziewane… Czegoś chcieć więcej…? Korzystać i biec dalej! Moje obawy co do zgubienia się znikły raz dwa – nie było tłocznie ale cały czas miałam kogoś przed sobą na oku. A i znaczniki były tak gęsto pozawieszane że nie sposób było się zgubić. Ufff jeden powód do stresu mniej. Na 15 kilometrze był punkt kontrolny – raz dwa napełnione zostały bidony, pomarańcza, ciacho zjedzone i podczas gdy inni zaczęli piknikować się, ja ruszyłam dalej. Średnie tempo odcinka nadal plasowało się poniżej 7:00/km (a zakładane było 7:30/km).

gdzieś około 14 kilometra

gdzieś około 14 kilometra

Biegło mi się niesamowicie dobrze, kilometry mijały szybko, aż zaczęłam się bać ze coś jest nie tak. Ale dopóki nie było żadnego sygnału że ciało strajkuje – biegłam. Widoki leśne co prawda urozmaicone – ale dla kogoś takiego jak ja, dla kogo sosna czy świerk to to samo, krajobraz przedstawiał się tak: drzewo, drzewo, drzewo, prawo – drzewo, lewo-drzewo, jakaś polanka, drzewa, drzewa, trochę piachu i znowu drzewa. Wszędzie drzewa! (Nie że tego się nie spodziewałam, bo spodziewałam, ale jeśli ktoś woli bardziej zmieniający się krajobraz to kilometry mogły się tu dłuuużyć). To właśnie na tym odcinku zaczęłam mijać osoby, które startowały na dystansie 110 km i 160 kilometrów. Nie mi oceniać poziom wariactwa i szaleństwa jakie muszą ci ludzie w sobie mieć że się na coś takiego zdecydowali. Ale dobry humor ich nie opuszczał. Krótkie, treściwe pogawędki i trzeba było „gnać” do przodu. Nie narzekałam – kolejne 13 kilometrów minęło szybko i tak oto znalazłam się w drugim punkcie kontrolnym, który był wyznacznikiem połowy trasy Małego Gwinta. Banan, pomarańcza i napełnienie bidonów i nie ma co tracić czasu tylko w drogę. Szybkie tylko spojrzenie na zegarek – tempo ciągle zaskakująco dobre bo nadal poniżej 7:00/km.

I gdzieś zaraz za tym 28 kilometrem moje szczęście mnie opuściło. A może zostawiłam siły na punkcie kontrolnym. W każdym razie wraz z odejściem chmur, przyjściem słońca, powietrzem zmieszanym z piachem i brakiem wiatru – zaczęły się kłopoty. Najpierw myślałam ze może to przez bidony. No logiczne – nigdy wcześniej z nimi nie biegałam, teraz napełnione do pełna coś na pewno tam ważą, ciążą. Problem – zlokalizowany, rozwiązanie – wypić wodę! Jeden bidon opróżniony. Ale pudło. Bo to nic nie dało. Zmęczenie wynikało z nieprzygotowania się do tego biegu a nie z obciążenia bidonami. Trochę zwolniłam ale biegłam dalej. No przecież skoro przebiegłam maraton pół roku temu to teraz nie poddam się przed 42-gim kilometrem. Ale gdzieś tu, na tym odcinku, na którymś pagórku czy podbiegu czy jak zwał tak zwał, odezwało się moje kolano. To kolano które lubi się odzywać nie wiadomo kiedy. Samo o sobie decyduje. A głupie postanowiło się przypomnieć właśnie tego dnia. Podjęta próba uciszenia go tabletką przeciwbólową przyniosła jako tako efekt – do następnego punktu kontrolnego, znajdującego się na 38 kilometrze dobiegłam w całości, utrzymując lekko gorsze tempo ok 7:20/km. Na tym PK piknik trwał w najlepsze. Bengaya czuć było na odległość, lód w sprayu używany był przez wielu. Kawa i herbata lala się hektolitrami. A po niektórych było widać że dystans ich przerósł. Chwila zastanowienia się czy dogadam się z tym moim kolanem czy biec, czy obie zrobić spacer, czy może ten Gallowey wcale nie taki straszny.

Szybkie obliczenia ile mi czasu zostało do tego nieszczęsnego pociągu, ile kilometrów… I ruszyłam. Po prostu ruszyłam bo szkoda czasu na myślenie. Co za dużo to nie zdrowo, szczególnie jeśli chodzi o myślenie :> Skoro i tak mam o czymś myśleć podczas biegu to wyliczenia robiłam podczas biegu. I wstyd mi nie pozwala się przyznać ile raz musiałam zaczynać moje obliczenia od początku bo w moich wyliczeniach minuty miały po 100 sekund (proszę, można się śmiać ;)) Miałam to szczęście że spotkałam tu na tym odcinku dziewczynę z którą raz dwa się zgadałam i praktycznie resztę trasy pokonałyśmy wspólnie. Na szczecie, bo z każdym kilometrem, ba! z każdym krokiem kolano odzywało się i buntowało w najlepsze. Nie pomogła kolejna tabletka. Pomógł trochę ten Gallowey, a na pewno pomogły rozmowy z Emilią i z innymi których mijałyśmy, bądź z tymi co nas mijali (zdecydowanie więcej my wyminęłyśmy. Serio. Ten Gallowey wcale nie taki głupi.) Mimo że siły nas opuszczały, to nie opuszczał nas dobry humor. Nawet widząc kolejne to górki, piaszczyste, strome podbiegi, które sprawiały że przeklinałam moment w którym się zapisałam na ten bieg, nie poddawałyśmy się. Lubię podbiegi. Szczególnie te prawie płaskie, nie-piaszczyste i te co są na początku biegu a nie po 40 kilometrowym już tuptaniu. Minęłam 42 kilometr – drugi w życiu maraton zaliczony. Czas o 15 minut gorszy niż ten oficjalny maratoński – ale jak na taką trasę, taki teren – nie ma co narzekać. Meta była już coraz bliżej, więc nie można było się teraz poddać. No nie wtedy gdy do mety pozostaje tak niewiele (od kiedy 10 kilometrów to „tak niewiele”?). Las się skończył (to tak w skrócie bo po drodze było jeszcze tysiąc przekleństw kierowanych do mojego kolana), wbiegliśmy w pole. A na polu wystarczyło tylko spojrzeć w niebo – jeśli komukolwiek brakło motywacji do dalszego biegu – te chmury i nadchodząca burza każdemu dała porządnego kopa. A w momencie gdy dopadła nas ściana deszczu, każdy ruszył do przodu na 110% swoich możliwości. Meta gdzieś tam była, za tymi kilkoma zakrętami i nie było już co się obijać ;)

Te ostatnie przeklęte metry

Meta była w parku. Byłam przygotowana na jakiś tam parkowy labirynt, w końcu organizator napisał na stronie:

Po dobiegnięciu do parku, mimo że meta jest na wyciągnięcie ręki, doznajemy na własnej skórze ostatniego aktu terroru ze strony organizatorów. Nie kierujemy się ku upragnionej linii, tylko skręcamy w lewo, w głąb parku, by następnie piękną aleją dumnie pokonać ostatnie 200 metrów dzielące nas od mety.

Tak, byłam przygotowana przed biegiem, ale po przebiegnięciu 54 kilometrów, przebiegnięcie tego labiryntu to było już ponad moje iły. To nie był akt terroru ale dobicie prawie leżącego już prawie-ultramaratończyka. No bo jak to szukać znaczników, drogi, gdy spada na mnie ściana deszczu a chcę jak najszybciej znaleźć się na tej upragnionej mecie? No i zdarza się cud. Na wejściu do parku stoją moi kibice :)) W tym deszczu i na wietrze pod drzewem stoją i mnie wypatrują. No nie, myślę sobie, trzeba biec by wstydu nie było. Z kolanem już nie gadam bo i tak się nie dogadamy na końcówce, tylko ramie w ramię z moimi, własnymi, najlepszymi, najgłośniejszymi kibicami pokonałam ostatnie metry i przekroczyłam linię mety.

gwint_01

Park w Grodzisku Wlkp / godz. 18:43 / META

Tak dokładnie, 18:43 przekroczyłam linię mety.
O 18:43 czyli na 17 minut przed zakładanym czasem.
O 18:43 spełniło się moje marzenie o przebiegnięciu ultramaratonu.
O 18:43 zostałam ultramaratończykiem.
O 18:43 zawisł na mojej szyi medal

meta!

meta!

Z wrażenia zapomniałam wyłączyć zegarek.
Z tych emocji przestało na chwilę boleć mnie kolano. Nie czułam już żadnego zmęczenia. Żadnego mięśnia. Ani nawet chłodu spowodowanego deszczem. Nic.

Z wrażenia nie byłam w stanie nic zjeść na mecie. Makaron był pyszny ale jak tu jeść jak człowiek delektuje się emocjami?

Oficjalnie miejsce 101 na 190. Wśród kobiet 16/41. W kat K20 miejsce… 3! Co prawda na 7 osób w tej kategorii ale pudło jest! (Czy mogłam sobie wyobrazić lepszy debiut? Pomijając oczywiście kolano ;)

To tyle, jeśli chodzi o moją relację. Więcej o tym dlaczego pokochałam ten bieg (jeśli jeszcze nie wyciągnęliście takiego wniosku z tej relacji, to w następnym wpisie będzie czarno na białym dlaczego tak polubiłam tego GWiNTa), o tym czym różnią się takie crossowe ultra od biegów w mieście, czym różnią się uczestnicy obu typów biegów i wiele więcej, poczytacie w kolejnych wpisach. Na dziś to i tak już dużo powiedziałam ;)