Na Maniacką Dziesiątkę czekałam już od dawna. Zeszłoroczna edycja była moim ulubionym biegiem w Poznaniu – głównie przez pogodę: słońce, deszcz, grad i dwa ostatnie kilometry z wiatrem w plecy sprawiły że bieg na długo pozostał mi w pamięci. No i zeszłoroczna życiówka – początki biegania w zawodach a życiówka była taka że do dziś jej nie mogę pobić (a biorąc pod uwagę że w najbliższym czasie nie planuję startów na tym dystansie, to pozostanie jeszcze na jakiś czas moją niepokonaną życiówką). Zapraszam na podsumowanie tegorocznej edycji biegu Maniacka 10.

Zapisy

Jak zwykle raz, dwa, ciach i po wolnych miejscach na bieg. I to mimo limitu 4.000 ludzi. W moim przypadku był to zapis zaraz jak tylko pojawiła się taka możliwość. Poskutkowało to niskim numerem startowym 200coś.  Jako człowiek, który ma już dosyć koszulek biegowych aby biegać w nich do końca życia (albo jak kto woli „sknera”) – wzięłam pakiet podstawowy bez koszulki. Cena 49 zł – da się przeżyć.

Biuro zawodów

Tak jak w zeszłym roku – znajdowało się w tym takim zegarze (czy co to tam jest) nad Maltą. I znowu raz, dwa, szybka akcja i pakiet odebrany. Pakiet jak to pakiet, numer startowy z chipem odrazu (baaardzo lubię!), trochę makulatury, gazeta i odblask. Dla niektórych może ubogi – ale ja od pakietu wymagam by miał numer startowy i chip. Nic więcej nie potrzebuję.

Bieg

Poraz kolejny przekonałam się jaka ważna jest psychika u biegacza. I jak bardzo muszę nad nią popracować. Wystarczy jeden głupi element i po biegu. Niektórych złość motywuje – mnie rozkłada na łopatki, pojawiają się łzy i chęć zejścia z trasy jeszcze przed pierwszym kilometrze. Cienias jestem. Startując ze swojej strefy na tłok nie miałam co narzekać – kogo dało się wyprzedzić tego wyprzedziłam, a kto chciał mnie wyprzedzić – proszę bardzo, miejsca było sporo. Trasa szybka mimo zakrętów, pogoda łagodniejsza niż w zeszłym roku. Ale psychika zrobiła swoje. Kibiców jak to kibice – może pogoda zrobiła swoje, może i nie. Kilku na starcie, kilku przy browarze, na mecie i gdzieś tam gdzieniegdzie. Nie zrozumiem tylko tych co przychodzą i stoją jak słupy – małpy co widzą swojego to skaczą znajomego biegacza kibicują, a dla reszty milczą. Czyli jak to zwykle bywa przy takich biegach. A no  i zespoły. Maniacka to chyba jedyny bieg an 10 kilometrów który ma tyle zespołów na trasie. Mi to nie wadzi nie szkodzi bo biegam z własną muzyką (die toten Hosen dodają skrzydeł zdecydowanie!). Oficjalny czas to 00:56:38 (ha, pierwszy raz idealnie taki sam na zegarku jak i na oficjalnych wynikach). Porażka o dwie minuty w porównaniu z zeszłoroczną Maniacką – ale olać to. Biorąc pod uwagę brak jakichkolwiek przygotowań zimą – i tak nie jest źle. A nad psychiką popracuję. Obiecuję.

maniacka_trasa

 maniacka_wyniki

Meta

Tak jak szybko rozeszły się miejsca na liście startowej, jak szybka była obsługa w biurze zawodów i jak szybki był to bieg – tak samo wszystko co działo się na mecie było szybkie. Medal, torba z ciachem (mniam, mniam!) butelką wody i adios z mety.

Krótko, zwięźle i na temat. Tak bym podsumowała ten bieg. Bez zbędnych ozdobników, jakiś wymyślnych atrakcji. I to lubię. Za rok melduję się na starcie ponownie ;)

Połowa osiągnięcia celu to jego prawidłowe wyznaczenie – Zig Ziglar

Chyba lepszego celu dla biegaczy nie mogli by wymyślić. Kto mnie zna to wie że uwielbiam planować, wyznaczać sobie cele i je spisywać na kartce (bo wierzę w siłę zapisanego słowa ponad słowem wypowiedzianym) i je realizować. Może z tą realizacją bywa różnie. Ale samo wyznaczanie sobie celów, ich wizualizacja i określanie drogi do osiągnięcia celu – jest równie przyjemne co zdobywanie tego celu. I tego Wam wszystkim życzę.