Jeśli miałabym wybrać bieg, który dosadnie pokazał mi moje miejsce w szeregu, który obnażył moje wszystkie słabe strony jako biegacza – to właśnie byłby to ten bieg: Trójmiejski Ultra Track edycja zima 2016. To nie to że mam (a raczej miałam, do 13.02.2016) zbyt wysokie mniemanie o sobie, ale nie spodziewałam się że mogę się tak sponiewierać na biegu. Chcecie wiedzieć co się wydarzyło w Trójmieście? Ostrzegam – działo się wiele, bo ultra to taki bieg gdzie jedne kilometry biegnie się w tempie szybszym niż 5min/km a niektóre wolniej niż 12min/km.

Trójmiejski Ultra Track to bieg ultra na dystansie 65 kilometrów z przewyższeniami ok 1400 metrów. Pierwsza edycja odbyła się latem 2015 roku – ale że mi bieganie latem nie za bardzo wychodzi to ją wtedy odpuściłam. Jednak jak tylko się dowiedziałam ze odbędzie się edycja zimowa – zapisałam się bez namysłu. Dlaczego? Bo zimą biega mi się najlepiej a i dystans był dla mnie idealny – 10 kilometrów więcej niż poprzednie ultra – powoli małymi kroczkami pracuję nad kondycją i psychiką by złamać kiedyś tą magiczna liczbę 100 kilometrów.

Przygotowania

Nauczona doświadczeniem z mojego pierwszego ultra (relacja tutaj), wiedziałam ze żeby się dobrze przygotować to muszę po porostu biegać więcej. Sukcesywnie od listopada zwiększałam kilometraż do 250 km miesięcznie (co jest dwa razy większą liczbą niż to co biegałam przed GWiNTem). Na tydzień przed biegiem udało się jeszcze poprawić życiówkę na dystansie 5 kilometrów podczas CityTrail w Poznaniu (25:17). Nie nastawiałam się na żaden konkretny wynik – pierwszy raz miałam się zmierzyć z tym dystansem i zgodnie z tradycja pierwszy raz miał być „testowy”, na poznanie swojego organizmu, co tam się będzie z nim działo. Dodatkowo cały czas miałam w głowie strach ze kolano które mi na GWiNcie przeszkadzało odezwie się ponownie i znowu będę się wlokła na jednej nodze. Mimo „testowego” podejścia, pojawiła się myśl by przybyć na metę w czasie poniżej 9 godzin (co oznaczało średnie tempo 8:18min/km).

Nie będę się rozpisywać o tym jak minęła droga do Trójmiasta – opóźniony pociąg, ledwo co zdążyłam odebrać pakiet (wiecie jak nie lubię odbierać pakietów na ostatnią chwilę?). Szybko skok do hotelu, przyszykowanie się na bieg i na nic więcej nie starczyło czasu. Zaśnięcie o północy oznaczało 4,3 godziny spania, gdyż start odbywał się o 6 rano… Wszystko na wariata!

Bieg

Nie zaspałam (cud! Właśnie zaspania bałam się najbardziej bo jestem mistrzem używania funkcji „drzemka” w budziku). Na start miałam jakieś 2 kilometry więc idealna marszowa rozgrzewka – śniadanie oczywiście zjedzone po drodze i przy okazji nauka obsługi czołówki. Na starcie było już dość tłoczno, ale szybko oddałam rzeczy do depozytu i z narastającym przerażeniem czekałam na sygnał do startu. Chyba dopiero wtedy dotarło do mnie że zaraz mam biec ultra a wcale nie czułam się na siłach by je biec. Rozmowy biegaczy wokół mnie, opowiadających jakim tempem planują biec, w jakim czasie chcą się zmieścić nie dodawały mi otuchy. W głowie miałam tylko myśl by nie zostać w tyle na pierwszych kilometrach gdy było jeszcze ciemno. Niby orientację w terenie mam ale strach przed zgubieniem się mam nawet gdy wbiegam do lasu obok domu (który niby znam jak własną kieszeń a jednak strach jest..)

Punkt 6 rano odbył się start i ruszyliśmy. I wiecie co? Na pierwszym kilometrze miałam ochotę się już poddać. Zaraz po starcie był podbieg – którego oczywiście wcześniej nie widziałam bo było ciemno (może to i lepiej bo gdybym go widziała to pewnie bym nie wystartowała). Słyszałam że najtrudniejsze mają być ostatnie kilometry – wiec skoro juz teraz na pierwszym kilometrze wysiadam to co dopiero będzie na końcu? Na szczęście nie miałam jak się zatrzymać i się poddać bo zbyt wiele osób biegła obok mnie i za mną, więc nie pozostało mi nic innego jak poprostu biec.

Pierwszy podbieg był już za mną i minął tez pierwszy kryzys. Biegłam tym swoim tempem na samopoczucie i nawet nie spoglądałam na zegarek gdy ten informował mnie o kolejnych minionych kilometrach. To ze względu na to by nie mieć ataku paniki że biegnę za wolno czy za szybko, ale też ze względu na… widoki! Ja wiem ze w górach jest ładnie. Ja wiem ze poranki, wschody słońca są piękniejsze niż wieczory i zachody. I wiem że to gdzie biegłam to park krajobrazowy. Ale nie spodziewałam się takich widoków! Bałam się że będzie nijak a okazało się że widoki zapierały wdech! Wschód słońca, mgła którą uwielbiam, przeprawy mostem nad drogą ekspresową, odgłosy tupiących butów po kamienistych szlakach, ścieżki pokryte grubym dywanem liści w których biegło się po kolana czy też konary, gałęzie robiące na naturalne przeszkody na ścieżkach – ciężko wymienić wszystko to, na co przykuło moja uwagę i mnie zachwyciło. Na początku wrażenia były tak ogromne że nawet nie zwracałam uwagi na kolejne podbiegi i zbiegi, naturalnie się zwalniało i przyspieszało nieświadomie bez myślenia, tak byłam zajęta kontemplowaniem otoczenia. To na tym odcinku zdarzyły się moje najszybsze kilometry ( 5:00-5:10 min/km) – ale przy długich płaskich zbiegach trudno było się hamować. I tak było do 23 kilometra…

IMG_0648Jeden z podbiegów przed 23cim kilometrem a ja juz miałaś dość :>

tut-06

Moje ulubione delikatne zbiegi <3

Na 23 kilometrze był pierwszy punkt kontrolny. Dopiero tam zdałam sobie sprawę że jak dotąd nic nie zjadłam ani nie wypiłam. Szybko wypiłam co miałam w bidonie, napełniłam go wodą i nie tracąc czasu ruszyłam dalej. Tu już skończył się ten głęboki las, po którym prowadziły pierwsze kilometry. Było więcej dróg twardszych, biegło się skrajem lasu – ogólnie trochę więcej cywilizacji. Była godzina przed 9, zaczęli się pojawiać jacyś ludzie nie-biegacze – każdy kolejny miał coraz bardziej zdziwioną minę na widok nas – biegaczy. Na tym odcinku przyszło nam się trochę nagimnastykować z przechodzeniem przez mosty – pierwszy raz doceniłam mój niski wzrost – ci co są wyżsi mieli zdecydowanie trudniej. Nadal lasem, ale skrajem tak ze dało się słyszeć przejeżdżające pobliską drogą samochody, leciały kolejne kilometry. Gdzieś za 30 kilometrem zaczęłam odczuwać spadek samopoczucia i chyba lekki głód – ale mimo to nie chciało mi się zatrzymywać i wyciągać jedzenia z plecaka. Strach przed rewolucją w żołądku jaka mogłaby mi się przytrafić skutecznie zniechęcała mnie do jakiegokolwiek jedzenia. Po 35 kilometrze zaczęły się pierwsze przerwy na spacer. Zasada była prosta: podbiegi idę, na płaskim truchtam, a na zbiegach luzuję poślady i daję działać grawitacji. I tak to działało do 42 kilometra gdzie był drugi punkt kontrolny.

tut-07

Gęsiego do przodu…

IMG_0647

… albo parami, ramię w ramię.tut-05Nie miałam siły nawet odkręcić tego bidonu :(

Na punkcie odżywczym wmusiłam w siebie kawałek banana, napisałam się i ruszyłam dalej. Nie lubię stać bezczynnie czy nawet stać i jeść, więc nawet tego felernego zimnego banana jadłam maszerując dalej szlakiem. Z policzkami jak chomik wrzuciłam wyższy bieg i truchtałam, machając głową na prawo i lewo szukając oznaczeń trasy. Wstyd się przyznać ale wcześniej nie zwracałam uwagi na oznaczenia trasy bo biegłam mając w zasięgu wzroku biegaczy przede mną. Tak bezgranicznie im ufałam ze gdyby oni się zgubili – zgubiłabym się i ja. Teraz gdy trochę się przerzedziło musiałam jednak szukać tych oznaczeń. Co nie okazało się takie trudne – trasa była oznaczona perfekcyjnie! Nie sposób było się tam zgubić. Jednak tu zaczęły się problemy z moja kondycją albo głową… Gdzieś za dystansem maratonu odechciało mi się dalej biec. Zaczęłam się pytać sama sobie na co mi to bieganie, przecież mogłam się wyspać poleżeć w wygodnym łóżku, pójść na spacer po plaży a ja tu biegam po jakiś lasach piernik wie gdzie. Teraz wiem ze to wszytko moja że nic nie jadłam i dlatego tak nagle nie tylko nogi ale i głowa odmówiła mi posłuszeństwa. Nawet wyprzedzanie jakiś pojedynczych osób nie sprawiało mi takiej radości jak zazwyczaj. Co więcej nawet na zbiegach odechciewało mi się biec. W głowie miałam już tylko obliczenia do jak bardzo wolnego tempa mogę zwolnić by nadal zmieścić się w limicie – jak widać nie było aż tak źle bym się poddała i wycofała z biegu.

IMG_0665

A za każdym podbiegiem był zbieg <3 Frunnnnę!

IMG_0664

a pod koniec to i na płaskim było maszerowanie :(

Niespodziewanie szybko pojawił się punkt na 50 kilometrze. Tam napiłam się coli i dostałam takiego kopa że z podwójnymi siłami ruszyłam na przód. To był tez punkt od którego mogli dołączyć biegacze supporty. Skoro regulamin na to pozwalał to kilka osób z tego korzystało. Ja miałam support na odległość najpierw zadzwoniła koleżanka i następne 3-4 kilometry spędziłam na opowiadaniu jej tego biegu więc nawet nie pamiętam trasy z tego odcinka. Na pewno był to las :) Zaczęły się pierwsze podbiegi – na początku łagodne, ale długie, więc było sporo marszu. Na 54 kilometrze, będąc na szczycie jakiegoś pagórka, zobaczyłam w oddali drugą koleżankę – Magdę :)) Wiedziałam ze miała przyjechać ale że nie dało się dopasować pociągów, miała przyjechać tylko na metę (i to myśl o tym ze będzie na mnie czekała na mecie nie pozwalała mi się poddać). Po momencie euforii, zrównałyśmy krok i ostatnie 10 kilometrów do mety pokonałyśmy razem. Jednocześnie było to najdłuższe 15 kilometrów jakie kiedykolwiek przyszło nam biec. Pagórek na pagórku, podbieg za podbiegiem (w tym jeden prawie ze pionowy ze do dzisiaj go przeklinam!). Za każdym razem gdy dotarłam na szczyt, nie tylko nie cieszył mnie zbieg, ale i wyłaniał się kolejny podbieg. Ilość przekleństw wykorzystałam już an cały rok albo i dłużej. Czułam się sponiewierana przez tego kto tą trasę wymyślił, przez naturę ze takie góry stworzyła tu nad morzem gdzie powinno być płasko! I tak bardzo byłam cholernie zła na siebie że nie ćwiczyłam podbiegów bardziej, mocniej, częściej… (pomijam fakt ze w miejscu gdzie mieszkam nie ma nawet namiastki takich podbiegów jakie tam na mnie czekały…). Ale nie poddawałyśmy się, napierałyśmy dalej mimo że moje samopoczucie upadło i nie miało zamiaru się podnieść. Biało-szaro-zielona na twarzy szłam a raczej czołgałam się do przodu czując każdy możliwy mięsień w ciele. Bolało wszystko! A co najgorsze końca nie było widać. Był znacznik że jeszcze 5 kilometrów do końca – w tamtym momencie jak obie pomyślałam ze to będzie co najmniej 45 minut jeszcze cierpienia to wszystko zaczęło mnie boleć jeszcze bardziej. Nawet gdy zegarek oznajmił że 64 kilometry już za mną nie cieszyłam się ze jeszcze jeden do mety – raczej ubolewałam że to aż jeden! Miałam nadzieje ze zegarek się pomylił źle coś policzył i że z każdy kolejny podbieg będzie tym ostatnim, ze za zakrętem będzie już meta….

IMG_0650

Tu już mi troszkę zaczęło odbijać że w ogóle nie pamiętam o co tu chodziło :)

Meta

W końcu któryś z tych pagórków był ostatni. A tam naszym oczom ukazał się łagodny zbieg aż do samej mety. Normalnie ucieszyłabym się tak ze skakałabym z radości, pognałabym ze aż by się za mną kurzyło – teraz nie miałam na to siły. Lekkim truchtem, ledwo co biegiem przekroczyłam linię mety z czasem 8:30:12. Medal zawisnął mojej szyi i jak ręką odjął – nagle przestało boleć, uściski, gratulacje czy normalne chodzenie nie sprawiało problemu. Rzeczy z depozytu odebrałyśmy, najadłyśmy się, mnie grzaniec rozgrzał aż za bardzo , nacieszyłyśmy się atmosferą i ruszyłyśmy w drogę do hotelu.

IMG_0652

Meeeeeeta!

Jeśli dobrnęliście aż tak daleko w tej relacji to zapewne sami możecie zrobić podsumowanie tego mojego biegu. Łatwo nie było – ale przez to zwycięstwo smakuje jeszcze bardziej. Dobitnie zostało mi pokazane ze jeszcze nie czas na biegi 100 kilometrowe czy też górskie. Że to jednak nie jest takie łatwe. Jednak z drugiej strony, te małe kroki udowadniają mi że wszystko jest możliwe że na wszystko przyjdzie czas i odpowiednia pora gdy tylko się dobrze przygotuję. 100 kilometrów nadal zostawiam w strefie swoich celów na kolejne lata – ale jeszcze nie na rok 2016. A co do samego biegu. Utwierdziłam się w przekonaniu że mimo iż mam jeszcze sporo do zrobienia na „ulicy” to biegi ultra to jest to do czego mnie ciągnie i co sprawia mi najwięcej radości.

tut-04

Magda, na nielegalu przekracza mete na około :Ptut-01

Olać medale, gdzie jest Magda? :)tut-03

Zupełnie nie wiem jak ja tego buffa pozawijałam na głowie niegustownie :>

tut-02

Mówiłam już? Meeeeeta!

IMG_0655

Nagły przypływ sił na machanie łapkami na mecie :)IMG_0658

Mój najcenniejszy kawałek plastiku – plastik bombastic!

Oczywiście następne dni spędziłam z obolałymi nogami. Schody były moim wrogiem numer jeden. Schylanie się, zakładanie spodni czy nawet siadanie i wstawanie z krzesła sprawiły że czułam się jak osiemdziesięciolatka. Ale mimo to, naprawdę nie mogę sie doczekać kolejnego ultra. To niewielka cena jaka przyszło mi zapłacić za te wszystkie pozytywne emocje i tony endorfin które towarzyszyły mi na trasie i długo po zakończeniu biegu.

Dla organizatorów ogromne podziękowania za wszystko. Za organizacje biegu, wymyślenie tej przepięknej trasy, perfekcyjne oznaczenie jej, punkty odżywcze i za strefę na mecie. Edycję letnią odpuszczam jako biegacz (może na wolontariat się skuszę) bo jak juz mówiłam latem biegać nie lubię :P Ale za rok zimą melduję się na starcie (i mecie!) ponownie!

Dla Magdy – jesteś niesamowita! Dobrze wiesz ile radości mi sprawiłaś i gdyby nie Ty to na górce a’la Rysy usiadłabym i olałabym metę – w takim byłam stanie :D Za wszelkie przekleństwa przepraszam – wyczerpałam już ich limit i teraz jestem już grzeczna. Że też Ci się chciało tak katować na tych pagórkach nie biorąc udziału w biegu.

Dla wszystkich którzy śledzili przez Internet livetracka z mojego biegu i – że też Wam sie chciało tyle siedzieć i patrzeć w monitor :p Za wszelkie trzymane kciuki, wiadomości, smsy z gratulacjami czy telefony których nie odebrałam bo grzaniec uderzył mi do głowy – dziękuję!

PS.Dwa dni po biegu oczywiście wskoczyłam na rower. Niektórych to zapewnie dziwi ale mi nic nie pomaga na bóle biegowe jak jazda na rowerze. Oczywiście basen, i masaże wodne pomogły na tyle że po kilku dniach wróciłam do delikatnego biegania i teraz (tydzień po TUTcie, jestem już w pełni sił, zregenerowana, wypoczęta i bez jakiegokolwiek śladu, uszczerbku na zdrowiu po ultra.

IMG_0659

Nie wiem co na mecie tam jadłam, ale było to dobre. A grzaniec to juz w ogóle przypadł mi do gustu (i uderzył mocno :P)

PS2. Bieg ten był testem dla nowego zegarka Garmina Fenixa 3. Obiecuje ze pojawi się post z opisem jak zegarek się sprawdził. Bo skoro to typowo zegarek do ultra trzeba było go porządnie przetestować :)

 

tut-mapa

 PS3. Ja chcę jeszcze raz!